Replay

poniedziałek, 18 lipca 2016

13. Jedenasty



Dublin, 15 kwietnia 2010 r.

Niall i Thea siedzieli na ławce w parku, znajdującym się kilka minut drogi od hotelu, w którym aktualnie przebywał chłopak.
- Nawet nie wiesz, jak się denerwuję – wyznał Niall, tupiąc nerwowo stopą o asfalt.
- Nawet wiem – zażartowała.
- Aha. Startowałaś może kiedyś w jakimś talent show? – spytał, uśmiechając się chytrze.
- Tysiące razy! A myślisz, że dlaczego ciągnę tutaj ciebie? Mieli mnie dość i kazali podesłać kogoś nowego, no to, słuchaj, wybrałam ciebie i stwierdziłam, że jak nie ja, to ty. Wychowałam cię na świetnego piosenkarza. Jestem matką twojego talentu – powiedziała, dopiero na końcu się uśmiechając.
- O nie, nie. Matką mojego talentu, jestem ja sam – sprzeciwił się, prowokacyjne unosząc palec i stukając się nim w pierś.
- I matką skromności – dodała ze śmiechem, a on poruszył zabawnie brwiami.
- Nie mam co liczyć, że pójdziesz tam ze mną? – Spoważniał na chwilę.
- Niestety – odparła. Niall pokiwał głową kilka razy po czym wzruszył ramionami.
- Trudno. W takim razie cały sukces spłynie tylko na mnie – oświadczył.
Thea uderzyła go żartobliwie w ramię.
- Hej, to nieuczciwe.
- Uczciwe, nieuczciwe. Myślisz, że się tym przejmę, kiedy będę już sławny i bogaty? – Thea wywróciła oczami. – A tak serio, to żałuję, że cię tam nie będzie.
- Mi też jest przykro, że nie zobaczę twojego sukcesu na żywo – odpowiedziała. – Powal ich na kolana.
- Się robi. – Wstał z ławki i otrzepał spodnie. Tak dobrze udawał pewność siebie, aż czasami sam w to wierzył.


- Ile będziemy czekać? – odezwał się Jake, co chwila przykładając butelkę coli do ust i upijając z niej łyk.
- Aż zadzwoni. – To stawało się cholernie nudne, stwierdziła, bawiąc się ulotką, zostawioną na ich stoliku.
- W takim razie, będę potrzebował drugiej butelki – oznajmił po namyśle, zerkając smętnie na coraz mniejszą ilość napoju.
- Kupię ci, nie rozpaczaj. – Zbyła go machnięciem ręki.
- Pamiętasz każdy skok, wszystkie nieudane i wszystkie udane? – zapytał nagle, przyglądając się jej badawczo. Kiwnęła twierdząco głową, po chwili ją opuszczając. – No to współczuję. Ja o niektórych zapominam. Jakby mój mózg odrzucał niepotrzebne wspomnienia do mentalnego kosza na śmieci.
- Mój mózg najwyraźniej uważa, że nie ma czegoś takiego jak „niepotrzebne" albo „śmieci" – odrzekła Thea, uśmiechając się smętnie.
- Twój mózg w ogóle jest jakiś dziwny.
- W końcu należy do mnie.
- O-o, to właśnie! Bardzo trafna uwaga – zaśmiał się. Popatrzyła na niego spode łba.
- Siedź już po prostu cicho – westchnęła. Jake podniósł ręce w geście poddania i zajął się na powrót swoim napojem.
Kilka chwil później telefon Theii, rozbrzmiał cichą, prostą melodią, co sygnalizowało przychodzące połączenie. Dziewczyna szybko schwyciła komórkę, wcisnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła ją sobie od ucha.
- Halo? – powiedziała, niemal tracąc oddech na wstępie.
- Thea . – Usłyszała głos Nialla. – Nie powaliłem ich.
- Co znaczy nie powaliłem? – Jej serce momentalnie zaczęło bić jak oszalałe. Nie chciała znowu tego słyszeć.
- No, że na kolana, nie powaliłem – wyjaśnił.
- Ale? – powiedziała, licząc, że istnieje jakieś „ale".
- Ale przeszedłem. Wziąłem ich na litość – zaczął się śmiać, trochę histerycznie, jakby odreagowywał wszystkie emocje, kumulowane do tej pory, a ona razem z nim.
- Boże, Niall! Boże, tak się cieszę – piszczała do słuchawki. Jake uśmiechał się i podniósł kciuk do góry.
Jednego mieli już z głowy.





Manchester, 26 marca 2010 r.

- Grunt to, żeby się nie martwić za bardzo - poradziła, patrząc w pełne niepokoju niebieskie oczy chłopaka.
- Nie martwię się, nie mam nic do stracenia. To tylko wstępne przesłuchanie - odpowiedział, jakby trochę zirytowany wizją zestresowanego siebie. Nie chciał wyjść na desperata. Jak się uda, to będzie dobrze, jak nie - nie ma zamiaru rozpaczać.
- Okej, czyli ty się jesteś wyluzowany. Fajnie. To dlatego pewnie się tak źle czuję, muszę stresować się za nas obu! - westchnęła teatralnie.
Telefon w kieszeni Louisa wydał z siebie pojedynczy sygnał. Chłopak wyciągnął go i zerknął na wyświetlacz.
- Musze już iść. Teraz serio czas się zbierać - oświadczył z nagłą powagą w głosie.
- W porządku. Nie jesteś zły? - chciała się upewnić.
- Nie. - Pokręcił przecząco głową, ale widziała, że do zadowolenia było mu daleko.
- Powodzenia, Lou - wyszeptała z niespodziewanym drżeniem w głosie. Sekundę potem przygarnęła go do siebie i mocno uścisnęła. Stali tak przez kilka sekund, pogrążeni we własnych myślach.
- Puść, odchodzę, kobieto - wydusił, usiłując wydostać się z szczelnego uścisku Theii.
- Odchodź, ale wróć! - puściła go.
- Dobra, lecę - odwrócił się, jakby zażenowany tamtą chwilą. Przecież nie był już dzieckiem. Włożył ręce do kieszeni i ruszył przed siebie.
- Będzie dobrze! - krzyknęła za nim.
- Będzie wspaniale! - odpowiedział, nie odwracając się.
- Będzie fantastycznie!  - Usłyszał po chwili.
- Będzie fenomenalnie! - zawołał, ignorując fakt, że ludzie dziwnie się na niego patrzyli.
- Będzie zachwycająco! - padła kolejna sugestia.
Odwrócił się szybko w jej stronę, podejrzewając, że już nikogo tam nie znajdzie. Jednak nie, stała nadal, uśmiechnięta od ucha do ucha i wychwytując jego spojrzenie, uniosła oba kciuki w górę.
- Zamknij się już! - Zaśmiał się tak głośno, że chyba wszyscy wokół uznali go za kompletnego czubka. Nie obchodziło go to. Tym razem popędził naprzód, nie odwracając się już za siebie ani razu. Spodobało mu się.


Bradford, 14 marca 2010 r.

Pomyślał, że to już koniec. Nie wstanie. Nie ruszy się za nic w świecie. Schowany pod kołdrą nawet nie myślał wystawiać głowy,  żeby zobaczyć, czy jego mama rzeczywiście poddała się i poszła. Wiedział, że to żałosne i że to może zaważyć na wszystkim, o czym do tej pory marzył, ale nie był w stanie. I wtedy pojawiła się ona. Jak zwykle nie był przygotowany. Zawsze go zaskakiwała tym dziwnym „wyczuciem czasu”. Tak bardzo bał się odkryć prawdy, która kryła się za jej tajemniczymi pojawieniami. Często wyobrażał też sobie, że ma urojenia, że Thea jest urojona. Gdyby tak było… chyba rzeczywiście lepiej, żeby nie startował w żadnym konkursie.
- Halo! Ziemia do kretyna spod kołdry! Czy czasem nie masz dzisiaj czegoś do załatwienia? – usłyszał jej głos. Działał na niego jak balsam, od razu się uspokajał.
- Nie, nie mam – odparł, lekko się uśmiechając.
- A ja myślę, że ktoś tutaj jest brzydkim kłamczuszkiem – oświadczyła i nagle poczuł, że został pozbawiony przykrycia. Thea z zadowoleniem trzymała za końce kołdrę pokrytą postaciami superbohaterów.
- Odejdź  - jęknął, zakrywając dłońmi oczy.
- Nie. – Podeszła bliżej. – Słuchaj, wiem, jak dobrze śpiewasz i że to jest twój dzień. Dzisiaj pokażesz na co cię stać, wystąpisz i dostaniesz się dalej. Nie pozwolę, żebyś z tego zrezygnował, bo nagle coś tam sobie nawymyślałeś. Jesteś gotowy.
- Nie jestem gotowy. Czuję się bardzo „niegotowo” – wyjawił, siadając na łóżku.
- Zayn, ćwiczyłeś przy mnie. Myślisz, że radziłabym ci tam pójść, gdybym uważała, że się skompromitujesz?
- No nie.
- Zatem łaskawie otwórz drzwi swojej mamie, kiedy przyjdzie cię znowu motywować do wstania z łóżka, przeproś ją, powiedz, że miała we wszystkim rację i że będziesz śpiewał. – Przykucnęła przy nim i ścisnęła pokrzepiająco jego rękę. Uśmiechnął się.
- Będę śpiewał.
- Będziesz.
- Bo to kocham.
- Właśnie dlatego, Zayn, właśnie dlatego.


Wałęsali się po okolicy, wyglądając na parę nastolatków, która nie ma nic lepszego do roboty niż bezcelowe krążenie między ulicami. Thea spodziewała się telefonu w każdej chwili. Była to już piąta próba z Zaynem i widziała, jak bardzo poirytowany stawał się Jake. Niedomówieniem byłoby powiedzenie, iż miał do niego „uraz”. Nie potrafił zrozumieć, że tamten Zayn to dzieło Theii. To tak jakby ją nienawidził, co bolało jeszcze bardziej. Potrząsnęła głową, chcąc wyzbyć się natrętnych myśli. Musi zachować opanowanie. Tym razem się uda. Jake kopnął zmiętą puszkę po piwie, która stanęła mu na drodze. Dziewczyna westchnęła, schyliła się i podniosła śmieć po czym wrzuciła go do pobliskiego kosza.
- Takie to trudne? – Posłała mu krytyczne spojrzenie, na co on wywrócił jedynie oczami. Znowu ruszyli przed siebie, kiedy nagle usłyszeli upragniony dźwięk dzwonka. Thea szybkim ruchem sięgnęła do kieszeni, wyciągając telefon, po czym odebrała połączenie.
- Słucham! – niemal wrzasnęła do słuchawki.
- Thea, przeszedłem dalej – oznajmił radosnym głosem. W tle słyszała czyjś śmiech i radosne pokrzykiwania.
- Brawo, Zayn! Jestem z ciebie taka dumna – odpowiedziała, podskakując w miejscu z radości.
- Dziękuję, że mnie zmobilizowałaś. Ja… naprawdę lubię to robić.


Brimingham, 25 kwietnia 2010 r.

Liam i Thea wybrali jakąś kawiarnię z dala od centrum. Tutaj mogli w spokoju wszystko omówić. To, czy występ się uda. To, jak to wpłynie na życie chłopaka. To, co czuje, gdy występuje i czy się stresuje. Dlaczego w ogóle to robi.
- Czuję się o wiele gorzej niż ostatnim razem. To mój drugi raz, będą wymagać dwa razy więcej, a porażka byłaby dwa razy gorsza.
- Nie możesz stanąć na scenie z takim nastawieniem. Pomyśl, że sukces będzie dwa razy lepszy, a radość dwa razy silniejsza – powiedziała, mieszając łyżeczką w swojej filiżance herbaty.
- Wiem, że starasz się mi pomóc, ale takie gadanie niczego nie zmienia. I tak nie przestanę się stresować. – Zmarkotniał jeszcze bardziej. – Boję się. Rodzice we mnie wierzą, siostry też. Cała rodzina trzyma kciuki. Jeśli musiałbym wrócić do domu, tak po prostu, po tym wszystkim… Nie wiem. To zabrzmi źle, ale nie chcę skończyć tak, jak oni wszyscy. Chcę czegoś więcej.
- To po to sięgnij, Liam. Dostaniesz to „więcej”. Zapewniam cię, że na to zasłużyłeś.
- Dzięki – uśmiechnął się trochę zawstydzony słowami Theii. -  W takich chwilach żałuję, że nie mam zespołu. Gdybym występował z kimś… chyba byłoby raźniej. Wiem, że zawsze ci mówiłem o solowej karierze, ale zespół – to też jest jakaś myśl.
Thea spojrzała na niego uważnie. To, co teraz powiedział, pokazywało jak bardzo wpłynęła na ich świadomość. Nie wiedziała, które uczucie przeważa w takich chwilach: satysfakcja, czy przerażenie.
- Wszystko przed tobą. Kto wie? Jeszcze możesz się zdziwić tym, co przyniesie ci los.
- Chcę się zdziwić. Chcę się stąd wyrwać.
Ona chciała wierzyć, że to nadal Liam Payne.

***
Wyjątkowo pogoda dopisywała, dlatego wyszli z pokoju Jake’a i rozłożyli notatki na małym stoliku na werandzie, gdzie atmosfera była o wiele przyjemniejsza. Ostatnio szło im całkiem dobrze, więc oboje byli w dobrych nastrojach. Pracowali nad Harrym. Ich ostatni punkt, przed kolejnym etapem. Jake’owi dawało to nadzieję na ostateczne zakończenie sprawy.
- Może nareszcie wszystko się ułoży – odezwał się po kilku minutach zupełnej ciszy, w której studiowali zapiski Theii.
- Może – odpowiedziała zdawkowo.
- Nie wierzysz w to? – Oparł się wygodniej na krześle.
- Hm – mruknęła, przygryzając końcówkę długopisu.
- Ej, to po co to robisz skoro nie wierzysz, że się nam uda?
- Wierzę, tylko jakoś tak. Kiedy to wszystko się skończy… - plątała się w próbie wytłumaczenia, o co jej tak naprawdę chodzi.
- To stracisz swój cel – dokończył za nią. Westchnął głęboko. – Czy ty naprawdę o niczym więcej nie marzysz? Nie myślisz o przyszłości? Thea, ty musisz to zakończyć, przecież o to nam cały czas chodzi. Prawda?
- Prawda – odrzekła cicho.
- Przepraszam za to co powiem, ale to jak się teraz zachowujesz to jedna wielka porażka. Jak długo cię znam, tak nigdy nie opowiadałaś mi o swoich pasjach, zainteresowaniach. Nie wiem, czy zamierasz potem pracować, czy będziesz chciała pójść na studia? Jeśli do pracy, to do jakiej? Jeśli na studia, to jaki kierunek? Zamierzasz przesiedzieć swoje życie w domu? Albo lepiej, skacząc w czasie? Ty masz ze sobą poważny problem.
- Och, niewiarygodne! – wykrzyknęła. Zbierało jej się na płacz. Nienawidziła takich rozmów z rodzicami, a co dopiero z innymi ludźmi. Nie potrafiła na spokojnie o tym dyskutować, od razu czuła łzy pod powiekami. Idiotka. – Mam poważny problem, bo jestem nienormalna. Nie czuję się przystosowana do życia, jak mogę być? Popatrz czym jestem! Żałosne, wszystko to żałosne! – Wstała nagle, zrzucając ze stołu wszystkie kartki. – I wiesz co? Wcale nam się nie układa. Gdyby tak było, to nie powtarzalibyśmy Harrego po raz jedenasty. Jedenasty, do cholery!


Holmes Chapel, 10 kwietnia 2010 r.

Trzasnął drzwiami frontowymi i wybiegł na podwórko. Było już zupełnie ciemno i zimno, a on miał na sobie tylko cienką bluzę. Trudno, nie zamierzał tam teraz wracać. Pobiegł przed siebie, starając się nie myśleć o niczym, ale i tak wylądował tam, gdzie zawsze. Na placu zabaw przy zjeżdżalni, którą kojarzył z  n i ą. Przychodził tutaj za każdym razem, kiedy był prawie pewien, że ją sobie wymyślił. Wtedy wychodził po drabince na samą górę zjeżdżalni, rozglądał się stamtąd  i przypominał sobie jej sylwetkę, która wychylała się zza drzewa. Była zawsze tajemnicza, ostrożna. Nie podchodziła przy ludziach.
- Cześć. – Usłyszał za sobą. Odwrócił się i niemal upadł ze zjeżdżalni. Spojrzał na Theę. – Nie przywitasz się?
Posłała mu jedno z tych smutnych spojrzeń, a on przełknął ślinę, czując jak znowu miesza mu się w głowie.
- Przestań! Idź stąd, proszę cię. Idź, idź, idź – powtarzał, zakrywając sobie uszy dłońmi.
Thea oparła się o drabinę. Bała się wyjść do niego, do góry.
- Harry, uspokój się – starała się przemawiać jak najspokojniej.
- Idź.
- Jutro masz przesłuchanie, pamiętasz prawda?
- Czy pamiętam? – roześmiał się. – Zaraz zwariuję. Pamiętam o tym bardzo dobrze i zastanawiam się, czy prędzej stwierdzą mój domniemany talent wokalny czy wątpliwy stan psychiczny. Mam tego dość, więc jeśli nie zamierzasz mi naprawdę pomóc, to błagam cię, zniknij!
- Ale ja chcę ci pomóc. Naprawdę. Zaufaj mi ten ostatni raz – powiedziała zrozpaczonym tonem. Nie potrafiła dłużej zachować spokoju. Nie w jego przypadku. Za dobrze pamiętała jego prawdziwą historię. To jak skończył.
- Pomożesz mi? – zapytał, nagle dziwnie spokojny.
- Pomogę – zapewniła.
Chłopak wstał i zeskoczył jednym susem ze zjeżdżalni, w następnej chwili chwytając Theę za rękę i ciągnąc do przodu.
- Co robisz? – przestraszyła się. Zaczęła się nerwowo oglądać, ale wiedziała, że Jake’a tym razem z nią nie było.
- Obiecałaś mi pomóc, więc zrobisz to. Pokażesz się mojej matce. Udowodnisz, że jej syn nie potrzebuje psychotropów. 



sobota, 29 sierpnia 2015

12. Co zamierzasz?


Poruszali się metrem w stronę domu Jake’a. Jak zapewniał, jego rodziców nie będzie przez co najmniej dwa dni, więc mogli tam wtargnąć wyglądając tak, jak wyglądali. A mianowicie: potargani, pobrudzeni i poobijani. Stali teraz, trzymając się poręczy i unikając kontakty wzrokowego z kimkolwiek. Obce twarze przyglądały im się ukradkiem z zainteresowaniem oraz niepokojem. Thea czuła się bardzo niekomfortowo z myślą, że ludzie patrzą na nich, jakby właśnie popełnili największą zbrodnię świata. Chciała jak najszybciej stamtąd wysiąść, zmyć z siebie cały brud i najlepiej zapomnieć. Jednak wiedziała, że z tym ostatnim nie będzie tak łatwo. Była wręcz pewna, iż właśnie wzbogaciła się o nowe wspomnienie, które będzie dręczyć ją w nocy koszmarami. Wzdrygnęła się ni to z zimna, ni to z obrzydzenia. Spojrzała ukosem na Jake’a, który wpatrywał się w swoje buty, pewnie tak samo jak ona, nie mogąc doczekać się dotarcia na miejsce. Chłopak, jakby wyczuł spojrzenie dziewczyny, bo podniósł głowę, a ich oczy się spotkały.
- Okej? – zapytał szeptem.
- W porządku – odpowiedziała równie cicho jak on.
Uśmiechnął się lekko, chyba tylko po to, żeby podtrzymać ją na duchu, bo sam nie czuł się najlepiej. Ta przygoda zdecydowanie nie zaliczała się do przyjemnych. Już dawno zrozumiał, że Thea stworzyła dla siebie zbyt duży problem, którego nie potrafi rozwiązać. Teraz doświadczają konsekwencji jej działań.
- I co zrobisz? – odezwał się znowu.
- Możemy o tym tutaj nie rozmawiać? – powiedziała, po czym zacisnęła usta w wąską linię. Ręka, którą przytrzymywała się poręczy, zbladła od zbyt mocnego ściskania.
Chłopak zrezygnował z dalszej rozmowy i znowu wpatrzył się w podłogę.


Kiedy w końcu wysiedli z metra, odetchnęli z ulgą, jednak nie odzywali się do siebie, aż nie dotarli do domu Jake’a. Wyciągnął klucz z kieszeni spodni i otworzył drzwi. Przepuścił pierwsze Theę, po czym sam wszedł do środka, zamykając za sobą. Ściągnął buty i rzucił je w kąt, to samo zrobił z kurtką. Dziewczyna zreflektowała się i również zdjęła buty, jednak kładąc je na miejscu do tego przeznaczonym.
- Chodź za mną – polecił Jake i ruszył w stronę kuchni. Wszedł do pomieszczenia i od razu sięgnął do półki, z której wyciągnął apteczkę. Wyłożył jej zawartość na stół kuchenny i kazał usiąść dziewczynie. Wyszedł, by po chwili wrócić z ręcznikiem, błękitnymi kapciami, koszulką oraz spodniami od dresów. Położył to wszystko na stole i popatrzył na zmęczoną twarz Theii.
- Umyj się pierwsza. Prosto korytarzem i drugie drzwi po lewej. Chcesz zostać? – wydusił z siebie z prędkością karabinu maszynowego.
Dziewczyna spojrzała na niego mętnym wzrokiem.
- Która jest godzina? – spytała.
- Kilka minut po dziewiętnastej.
- Nie jest jeszcze tak późno. Może zdążę wrócić do domu i…
- Możesz zostać – przerwał jej, po czym przejechał dłonią po policzkach, jakby żałując wypowiedzianych słów. Przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem i w tamtym momencie Thea zrozumiała, że to nie była oferta, tylko prośba.  W tej samej chwili odkryła również, że wcale nie chce wracać do domu oraz, że jest w fatalnym stanie. Skinęła tylko głową, nie potrafiąc wydusić słowa. Wstała od stołu i powoli ruszyła w stronę łazienki. Zbliżając się do wanny, spojrzała w lustro i zobaczyła swoją twarz: podkrążone oczy, przetarty policzek, na którym utworzyło się kilka małych strupów oraz usta, których kąciki mimowolnie opadały w dół.
- Gratulacje – powiedziała do swojego odbicia, a brzmiało to niczym syk jadowitego węża. Odwróciła głowę od lustra. Nigdy nie lubiła patrzeć na głupich ludzi.

Siedzieli w pokoju Jake’a, a raczej to Thea siedziała na krańcu jego łóżka, a brunet stał i przyglądał się sobie w lustrze z gazą w ręku, próbując doprowadzić się do względnego porządku. Oko mu siniało, miał również kilka zadrapań, głównie na czole, policzkach i ramionach, a z rozcięcia na ustach sączyła mu się krew i nie chciała przestać, mimo jego usilnych starań. Zaklął i znowu przyłożył gazę do rany.
- Tragicznie – stwierdziła Thea.
- Co? – mruknął.
- Wyglądasz. Tragicznie – wyjaśniła. Nie wiedziała po co to mówi. Może po prostu nie potrafiła znieść ciszy.
- Och, niewiarygodne – zakpił chłopak. – Ale wiesz co? Ty też nie prezentujesz się najlepiej.
Posłała mu ciężkie spojrzenie.
- No tak – przyznała po chwili. – Przynieść ci lód?
- Może się w sumie przydać. Wiesz, gdzie znaleźć?
- A przetrzymujesz go gdzieś indziej niż w zamrażarce? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
Odwrócił się w jej stronę i uśmiechnął tak, jak wtedy, kiedy go poznała. Przez chwilę nie widziała ran na jego twarzy. Odchrząknęła i wyszła z sypialni.
Kiedy wróciła, nie było nikogo w pokoju. Natomiast usłyszała hałas, dochodzący zza ściany obok. Otworzyła szerzej drzwi. Pomieszczenie okazało się kolejną łazienką. Zobaczyła Jake’a schylającego się nad wanną. Z jego nosa kapała krew.
- Co znowu? – jęknęła Thea.
- Mój nos, jak się okazuje, został dzisiaj widocznie nadwyrężony. Oczywiście, dzięki twojemu wspaniałemu chłopcu – prychnął.
Thea przewróciła oczami, wzięła garść lodu z miski, do której go wcześniej włożyła, owinęła to wszystko ręcznikiem i podała brunetowi.
- Masz.
- Dziękuję – odrzekł krótko i przyłożył lód do nosa, zasłaniając tym samym niemal całą twarz.
Thea usiadła na podłodze.
- Nie musisz tutaj siedzieć – powiedział Jake zza ręcznika.
- Racja. Nie muszę – odpowiedziała mu dziewczyna, opierając się wygodniej o ścianę.
Chłopak westchnął, ale tak naprawdę czuł się dziwnie zadowolony z faktu, że dostał pięścią w nos od Zayna Malika.

***
- Co zamierzasz?  - spytał Jake.
Siedząc na kanapie, oglądali jakiś denny program telewizyjny. W zasadzie, to w ogóle nie zwracali uwagi na to, co się dzieje na ekranie. Jake włączył telewizor chyba tylko po to, żeby cisza, która między nimi zapadała dość często, nie stawała się tak dojmująco-krępująca.
Thea po raz kolejny tego wieczoru, wzdrygnęła się. Przejechała ręką po włosach, zatrzymując się w kilku miejscach, gdzie powstały kołtuny. Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, nie chcę o tym myśleć. Przez  – wzięła oddech. – Przez chwilę chciałabym nie być Theą Haynes. Nie mieć tej odpowiedzialności.
- Sama na siebie to ściągnęłaś – przypomniał jej chłopak.
- Nie pomagasz – mruknęła.
- Nie chcę pomóc w ucieczce od problemu, tylko w jego rozwiązaniu, więc nie pozwalam ci myśleć w ten sposób. Nigdy nie popierałem twojego działania, przyznaję, ale sprawy zaszły za daleko, Thea. Nie masz wyjścia. Skończ to.
- Przecież wiem! Dobra? Wiem, co muszę zrobić. Tylko chwilowo nie mam siły – załamał jej się głos. Przełknęła gulę w gardle i odwróciła głowę. Jake przyglądał jej się z niepokojem. Zobaczył zmiany jakie w niej zaszły przez te ostatnie miesiące. Złe zmiany. Nie wiedział, jak powinien zareagować, co powiedzieć.
- Dlatego ci pomogę – odezwał się po chwili.
Spojrzała na niego, marszcząc brwi.
- Tyle razy już ci mówiłam, że nie chcę…
- Och, zamknij się, Thea! Mam gdzieś, czy chcesz mojej pomocy, czy nie. Zrobię to i już – oświadczył, patrząc na nią stanowczym wzrokiem.
- A dlaczego? – Dziewczyna uśmiechnęła się smutno.
- Bo mi zależy na tobie.
Thea uniosła brwi, a z jej twarzy spełzł mizerny uśmiech. Pokiwała kilkukrotnie głową i wstała z kanapy. Jake od razu zrobił to samo. Stali naprzeciwko siebie i próbowali zmierzyć się z wypowiedzianymi słowami. Żadnemu z nich nie było łatwo.
- Gdzie mogę spać? – spytała cicho.
- I wiem, że tobie też na mnie zależy – dopowiedział Jake, jakby tamtej ciszy i pytania Theii w ogóle nie było. – Możesz spać w pokoju rodziców. Zaprowadzę cię.
Stanął w progu i otworzył szerzej drzwi, żeby brunetka mogła wejść.
Już miał iść do siebie, kiedy Thea chwyciła go za dłoń, którą z resztą zaraz puściła. Odwrócił się z pytającym wyrazem na twarzy.
- Jake, ja… myślę, że cię nie kocham – powiedziała.
- Ja też myślę, że cię nie kocham – uśmiechnął się półgębkiem.
Theii zrobiło się gorąco ze wstydu. Spojrzała na niego.
- Ale...
- Powiedziałem tylko, że mi na tobie zależy. Znajdź różnicę.
- Idź już sobie, Walker. Nie chcę przedłużać tej żenującej rozmowy.
- W porządku, idę – zaśmiał się wesoło, co sprawiło mu niewysłowioną ulgę i poszedł do swojego pokoju. Thea zamknęła drzwi, położyła swoje rzeczy na stoliku nocnym i padła na łóżko. Po minucie usłyszała dzwonek telefonu. Nagle przypomniała sobie, że nie poinformowała o niczym swoich rodziców. Sięgnęła po komórkę, leżącą na stoliku i odetchnęła na widok wyświetlanego numeru.
- Czego chcesz? – odebrała.
- Przemyślałem sprawę i doszedłem do wniosku, że myślenie, to jedno, ale rzeczywistość może okazać się brutalna i być może wyjdzie na jaw, że jesteśmy w sobie śmiertelnie zakochani. Co myślisz o tej teorii i jaką przyjmiesz strategię w obliczu zagrożenia? – Głos Jake’a był słyszalny dla dziewczyny równocześnie z dwóch źródeł, z telefonu i zza ścian.  
Thea mimo ostatnich ciężkich godzin zaśmiała się i zrobiło jej się o wiele lżej na sercu.
- Gdybym wiedziała, że jesteś aż tak niepoczytalny, to nigdy nie zostałabym tu na noc – stwierdziła.
- Oboje wiemy, że byś została. Szaleńcy powinni się trzymać razem – powiedział i rozłączył się.


Śnił jej się Zayn, który próbował ją zabić na wiele sposobów. Ona uciekała, on ją w końcu dopadał i tak w kółko, wydawałoby się, że przez wiele godzin, a nawet dni. Kiedy się obudziła, jej serce biło z nienaturalną częstotliwością. Nie zasnęła już więcej tego dnia.
Zajęło jej to godzinę. Zmianę losu Zayna. Przeanalizowała wszystkie notatki i wróciła do tego dnia, w którym zapomniała zabrać ze sobą pechowego zeszytu. Wprawdzie nie miała pojęcia, jakie życie ma teraz Zayn, ale była pewna, że lepsze niż to, do którego doprowadziła poprzednim razem. Wszystko było lepsze niż tamto. Jednak ta podróż znowu zmusiła ją do przemyślenia całej sprawy. Nie mogła tak żyć. To musiało się skończyć jak najszybciej. Obudziła Jake’a.

- Rozumiesz wszystko? – zapytała.
- Tak – przewrócił oczami.
- Pamiętaj, że masz się bezpośrednio nie udzielać. Pilnujesz czasu, sprawdzasz otoczenie…
- Thea, rozumiem. Nie jestem idiotą – przerwał jej.
- No, dobrze – westchnęła. – Jesteś pewny, że trafisz?
- Chyba robiłem to już wcześniej, prawda?
- Niestety tak – przyznała, wspominając małego Jake’a, który śledził ją podczas jej wcześniejszych podróży w czasie. – Co nie zmienia faktu, że nie rozumiem jak to robisz?
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć. - Thea posłała mu ciężkie spojrzenie.
- Żebym tylko nie musiała na ciebie czekać. – Podała mu rękę na pożegnanie, jednak on pociągnął ją do siebie i przytulił. Przez chwilę była zbyt oszołomiona, żeby cokolwiek zrobić, jednak po namyśle również go objęła.
- Do widzenia – puścił ją i patrzył jak odchodzi.

***
Dublin, 15 kwietnia 2010 r.

Niall i Thea siedzieli na niskim murku jakiejś posiadłości, znajdującej się kilka minut drogi od hotelu, w którym aktualnie przebywał chłopak.
- Tak bardzo się denerwuję – wyznał Niall.
- Nie masz czym. Założę się, że świetnie ci pójdzie – pocieszała go.
- A co jeśli sobie nie poradzę?
- Myśl pozytywnie. Na przykład ja jestem pewna, że ci się uda – uśmiechnęła się od niego.
- Pójdziesz tam ze mną? – zapytał z nadzieją.
Theii zrzedła mina, a chłopak od razu się domyślił, że otrzyma negatywną odpowiedź.
- Niestety nie mogę – odpowiedziała.
- Niestety nie jestem zaskoczony – mruknął i zeskoczył z murku.

- Ile będziemy czekać? – odezwał się Jake, popijając kawę z filiżanki, której rozmiar zdecydowanie go nie satysfakcjonował. Kilka łyków wystarczyło, żeby opróżnić naczynie.
- Aż zadzwoni – powiedziała Thea, bawiąc się serwetką.
- W takim tempie zdążę wypić hektolitry tej kawy – mruknął i przygarbił się, opierając łokcie na stoliku. `
- Przypominam, że to nie był mój pomysł ze sprowadzeniem cię tutaj.
Jake wydął wargi i przygarbił się jeszcze bardziej. Jednak nie tylko on był zmęczony czekaniem. Thea również nie mogła się już doczekać wiadomości od Nialla. Wyciągnęła swój nowy nabytek - tani model telefonu komórkowego, który kupiła specjalnie do swojego planu, jednak ekran pozostawał ciemny. Nikt nie próbował się z nią skontaktować. Nikt, czyli Niall, bo tylko on miał jej numer. Westchnęła i oparła dłoń na policzku.
- Rzeczywiście coś długo to wszystko trwa – wyszeptała i wcisnęła jeden z klawiszy, żeby odblokować ekran. Już chciała przejść do listy kontaktów, w której widniał samotny, pojedynczy numer, ale w tym właśnie momencie wyświetliła się informacja, że Niall do niej dzwoni. Szybko wcisnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła telefon do ucha.
- Halo? – odezwała się natychmiast.
- Nie udało się – usłyszała i to wystarczyło, żeby wyprowadzić ją z jej chwilowego poczucia bezpieczeństwa i komfortu. Co gorsza, Niall płakał.
- Spokojnie – powiedziała, sama będąc na skraju załamania. Zerknęła na Jake’a, dając mu znać, żeby notował w zeszycie wszystko, co usłyszy. Kiwnął głową na znak, że zrozumiał. Thea przysunęła się bliżej bruneta i kontynuowała rozmowę. – Opowiedz mi, proszę.
- Po co? Trzeba było tam być ze mną. Poszło po prostu źle. – Był zły. Tak, to na pewno.
- Ale co powiedzieli ci sędziowie? Kto był na „nie”? – dopytywała.
- Stwierdzili, że muszę jeszcze dużo popracować, że nie jest dobrze, że to nie jest to, czego oczekują od uczestników tego programu. Myślałem… myślałem, że nie będzie, ech. Nie chcę o tym mówić – wyjawił Niall.
- Kto był na „nie”? Kto głosował przeciwko? – naciskała Thea.
- Wszyscy – W telefonie zapadła cisza przerywana jedynie odgłosami pociągania nosem. Thea zamknęła oczy. Usłyszała tylko, jak Niall się rozłącza.
Jake przestał notować i spojrzał na dziewczynę.
- Świetnie nam idzie – stwierdził ponuro.
Zrezygnowani przesiedzieli kolejne dziesięć minut w milczeniu. W końcu chłopak pokręcił głową, odetchnął głęboko i wstał z kanapy, którą zajmowali już dłuższy czas. Zapłacił za rachunek, wrócił do stolika, zgarniając wszystkie rzeczy do plecaka, który wziął ze sobą, po czym zdecydowanym ruchem chwycił Theę za rękę i pociągnął w stronę wyjścia.
- No, chodź. Koniec użalania. Mamy Nialla Horana do naprawienia. 




 

niedziela, 24 maja 2015

11. Tak mi przykro



Thea siedziała zgarbiona, otoczona mnóstwem papierów, oświetlona słabą żarówką z jej przestarzałej lampki nocnej i notowała. Zapisywała każdy element z ostatniego skoku. Kiedy skończyła, wyciągnęła z szafki po lewej gruby segregator oraz nową folijkę na kartki. Włożyła wszystko, zapięła, zamknęła i odetchnęła głęboko.  Spojrzała na zegar. Prawie trzecia nad ranem, a ona łączyła wszystko w całość. Tworzyła finał. Dopracowywała każdy szczegół. Jej serce biło coraz szybciej, w miarę upływającego czasu i poczucia, że zakończenie jest blisko.  
- Dobra, weź się w garść – mówiła do siebie. – Gdzie ta cholerna kartka? Przecież przed chwilą ją widziałam.
Potarła ręką czoło. Thea była już tak bardzo zmęczona, że mogłaby zasnąć w ciągu dwóch sekund, gdyby przestała się pilnować. Wzięła do ręki kubek zimnej już kawy. To była jej trzecia porcja tego wieczoru. Jej mama, przeciwniczka kofeiny, zapewne by nią wzgardziła. Jednak dziewczyna nie miała wyjścia. Tej nocy musi to już skończyć. I nie chodziło tu o czas, którego miała… aż nadto. Tu chodziło o jej psychikę. Czuła, że dłużej tego nie udźwignie. Skakała, zmieniała, mieszała, czuła się z tym źle i tak od ponad pół roku. Raz widziała ich jako małe dzieci, za chwilę byli nastolatkami, drążyli, podejrzewali, zmieniali się na jej oczach. Tego było za wiele jak na jedna osobę. Jak na jedną, małą, słabą dziewczynkę, która zapragnęła zmienić rzeczywistość. Musiała rozwiązać sprawę – jak najszybciej i jak najlepiej.
- Okej – westchnęła i wyciągnęła kolejny segregator. Otworzyła go i spojrzała na pierwszą stronę. Jej wzrok zatrzymał się przez dłuższą chwilę na tytule.  – „Ostatni etap: X-Factor 2010 – nowy początek”  - przeczytała, zamknęła oczy i wypuściła wstrzymywane powietrze.
„Dam radę. Dam radę. Dam radę.” cały czas powtarzała to sobie w myślach. Może trochę pomagało. Odczekała dwie minuty i ponownie wzięła się do pracy.
Thea miała jedną, natrętną myśl, która nie pozwalała jej spać. Było to do tego stopnia problemem, że nie raz dziewczynie udawało się zasnąć dopiero nad ranem. Na jej twarzy pojawiły się pokaźne wory pod oczami, których nie była w stanie ukryć. Schudła, mimo że starała się jeść jak najwięcej. Nie uchodziło to uwadze rodziców, którzy zaczęli baczniej przyglądać się poczynaniom córki. Zaczęli z nią prowadzić poważne rozmowy na temat przyszłości, jej planów. Kolejne skoki były jak pojedyncze dźgnięcia nożem. Miała coraz mniej sil. Wszystko to stresowało Theę do tego stopnia, że trudno było jej się na czymkolwiek skupić. Ta myśl była jej małym terrorystą. Pytanie, które zadawała sobie cały czas, w każdej minucie, każdej godziny, każdego dnia.
„Czy można wybaczyć to, co ona zrobiła?”
Dlaczego tak bardzo ją to przerażało? Ponieważ sama udzieliła sobie odpowiedzi na to pytanie i brzmiała ona: „Nie, nikt jej tego nie wybaczy”.

- Thea! – Mama wołała ją z dołu. Dziewczyna automatycznie odwróciła się w stronę źródła dźwięku, przerywając pracę.
- Co? – zawołała.
- Telefon do ciebie.
Zmroziło ją. Kto mógłby do niej dzwonić? Miała złe przeczucia.
- Kto to? – odezwała się znowu.
- Nie wiem. Przedstawiał się na początku, ale bardzo niewyraźnie. Zejdź na dół, żebym nie musiała krzyczeć!
Zatem to on, nie ona. Jedyną osobą, która przychodziła jej na myśl był Jake. Zerwała się z miejsca i zbiegła po schodach. Szybko zlokalizowała mamę i słuchawkę, którą trzymała w prawej dłoni. Kobieta podała córce przedmiot i weszła do kuchni, żeby dokończyć przygotowywany posiłek. Thea przełknęła gulę w gardle, usiadła na starym fotelu, odziedziczonym po jej babci i przyłożyła ucho do słuchawki.
- Halo? – niemal szepnęła. Jej serce tłukło się niesamowicie. Czuła jak pulsuje jej głowa, ręce, nogi, całe ciało.
- Halo? Czy to Thea? – usłyszała męski głos. Głos nienależący do Jake’a Walker’a. Poczuła ulgę, ale jednocześnie smutek, przemieszany z przerażeniem. Kim w takim razie był ten człowiek?
- Tak – wydusiła z siebie.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszała jedynie, jak mężczyzna oddycha. Wdech, wydech. Stop.
- Nienawidzę cię – usłyszała. To nie był krzyk. To było ciche i stanowcze „nienawidzę cię”. To było celowe i zaplanowane „nienawidzę cię” . Thea poczuła się, jakby ktoś ją spoliczkował. Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia, a ręce zaczęły się trząść.
- Nie rozumiem. – Czuła drżenie swojego głosu.
- Za to ja wszystko zrozumiałem – odpowiedział tamten, a Thea wbiła paznokcie w udo. Poznała głos. Wiedziała kto dzwonił, kto prawdopodobnie odkrył całą prawdę i kto ją nienawidził.
- Zayn – zaczęła, ale chłopak już  się rozłączył.

***
­Thea pierwsza przełamała milczenie. Zadzwoniła do Jake’a.
- Halo? – usłyszała głos chłopaka. – Kto mówi?
- Thea. – W słuchawce zapadła cisza. Dziewczyna zażenowana i dziwnie stremowana przestępowała z nogi na nogę. Czekała na jakąkolwiek reakcje, znak, że może mówić dalej.
- No, czego chcesz? – niemal zaschło jej w gardle na dźwięk tych słów. Wyglądało na to, że nie tylko Zayn ją nienawidził.
- Chciałam tylko… mam problem – wykrztusiła. Samo dzwonienie do niego przyszło jej z wielkim trudem. Jak się okazało, słusznie się martwiła.
- Domyśliłem się, bo po co innego miałabyś się ze mną kontaktować? Oczywiście, że masz problem – ze sobą. – Jego głos był pozbawiony emocji. Żadnej litości, współczucia, zmartwienia. Nie powinna tego po nim oczekiwać, przecież wiedziała jaki był. Mogła przewidzieć te przykre uwagi, zamiast oznak jakiejkolwiek troski ze strony Jake’a.
Przez minutę nie była wstanie w ogóle się odezwać. Poczuła jak ręce jej drżą, a gardło było nieprzyjemnie ściśnięte,  jakby ktoś ją dusił. Wiedziała, że zaraz się rozpłacze – jej typowa reakcja na sytuacje, z którymi sobie nie radziła. Nie chcąc, aby Jake był tego świadkiem, nacisnęła czerwoną słuchawkę. Zaraz potem pokój wypełnił jej szloch. Przyłożyła do twarzy poduszkę, żeby stłumić trochę odgłosy płaczu, które niechybnie przyciągnęłyby tutaj jej rodziców. Przez półprzymknięte powieki ujrzała jak wyświetlacz komórki rozjaśnił się, a po chwili usłyszała znajomą melodyjkę. Wzięła dwa głębokie wdechy i odebrała.
- Przepraszam, dobra? – Kiwnęła głową, jak głupia, przecież tego nie widział. Pociągnęła nosem, zastanawiając się, gdzie podziała paczkę chusteczek.
- Boję się – szepnęła do słuchawki i łzy znowu napłynęły jej do oczu.
- Przestań. Chcę usłyszeć, co się stało – powiedział stanowczo. – Kogo konkretnie się boisz?
Z gardła Theii znowu wydostał się niekontrolowany szloch. Przed oczami miała jej ukochaną piątkę, której zniszczyła życie.
- Kogo się boisz? – Tym razem chłopak krzyknął do słuchawki.
- Zayn’a – wyjęczała i zacisnęła wargi.
Potem opowiedziała mu o tamtej rozmowie telefonicznej… oraz o dzisiejszym sms-ie.
- Co dokładnie napisał? – zapytał chłopak.
- „Jutro w Londynie, na Oakley Crescent o godzinie 18.00 będę na ciebie czekał. Jeśli się nie zjawisz, to sam po ciebie przyjadę.” – wyrecytowała. Przeczytała wiadomość tyle razy, że wryła jej się w pamięć.
- Thea, nie rozumiem, przecież możesz tego uniknąć. Wystarczy, że skoczysz do przeszłości i zmienisz  cokolwiek. Może wtedy nie będzie nic pamiętał.
- Może? Ja potrzebuję pewności. Nawet nie wiem, jak się wszystkiego domyślił. A jeśli zignorowanie tego będzie największym błędem? Nie mogę ryzykować tak wiele  – tłumaczyła.
- W porządku. To jaka jest moja rola?
- Proszę cię, żebyś po prostu zjawił się tam o 18.15 - wyjaśniła dziewczyna.
- Jesteś pewna, że nie chcesz pójść ze mną od razu? – zaproponował.
- Nie – sprzeciwiła się. – Nie mogę pokazać się z tobą w roli ochroniarza. Już i tak jest źle. Chyba by mnie znienawidził do końca. Masz po prostu obserwować z oddali, a w razie czego zareagujesz.
- No dobra, jak chcesz – była pewna, że właśnie wzruszył ramionami i zrobił „tę minę”. Zawsze, kiedy się z nim nie zgadzała, unosił nieznacznie brwi, a usta układały mu się w linijkę.
- Dziękuję.
- Nie ma za co. Śpij dobrze.
- Ty też.


***

Nic nie powiedziała rodzicom. Po prostu wyszła o 14.30 i skierowała się w stronę dworca. Już wczoraj zakupiła bilet, więc wszystko poszło sprawnie. Dwie godziny później była już w Londynie. Miała kilkadziesiąt minut na dotarcie na miejsce. Wyciągnęła wydrukowaną mapkę, która zawierała wskazówki, dotyczące dojścia na podaną przez Zayn’a ulicę. W pewnym momencie ogarnęła ją panika, ponieważ wydało jej się, że wylądowała w kompletnie nie tym miejscu co trzeba, jednak z pomocą przechodniów udało jej się. Stanęła pod drzewem przy skręcie w ulicę. Była dokładnie pięć minut przed czasem. Jakiś czas później nadjechał biały mercedes i wjechał w głąb uliczki. Usłyszała dźwięk przychodzącego sms-a.
„Chodź do samego końca i skręć w prawo, koło kontenera na śmieci.”
Thea poczuła ciarki na plecach, a serce zaczęło szybciej pracować. Doszła we wskazane miejsce i rozejrzała się. Zza ściany wyłonił się Zayn. Był ubrany na czarno, a na nosie miał ciemne okulary. Dziewczyna uświadomiła sobie, że słońce powoli zachodzi, ledwo widoczne zza ciężkich, szarych chmur. Nadchodził wieczór i zapowiadał się on raczej deszczowo.
Zayn znajdował się teraz dwa kroki od niej. Ściągnął okulary, a Thea gwałtownie wciągnęła powietrze. Jego oczy tak bardzo różniły się od tych, które pamiętała. Teraz miał ciemne sińce pod oczami, a spojrzenie kiedyś brązowych, ciepłych oczu, teraz było jakby wyblakłe i pozbawione uroku. Zmarszczył brwi i wyciągnął coś z kieszeni kurtki. Skręt zaświecił swoją bielą w coraz szybciej zapadającym mroku, zaraz po nim w ruch poszła zapalniczka. Zayn zaciągnął się i spojrzał groźnie na Theę. Dziewczyna spuściła wzrok.
- Coś się nie podoba? – odezwał się, a brunetkę pokrzepiła myśl, że przynajmniej głos miał nadal taki sam. Znowu na niego spojrzała.
- Jest okej – odpowiedziała cicho.
- Och! Gdzie twoja dawna pewność siebie? – zakpił. Znowu sięgnął do kurtki, tym razem sięgając do jej wnętrza. Wyciągnął stamtąd zmięty zeszyt, który Thea od razu poznała. Zaginął jej jakiś czas temu, ale była przekonana, że nie dostał się w ręce żadnego z chłopców. Jednak się myliła.  – Chyba zgubiłaś ją razem z tym.
To powiedziawszy, rzucił w nią wymiętym papierem. Trafił ją prosto w twarz. Thea nie zdążyła chwycić w porę zeszytu i upadł on na ziemię. Szybko się schyliła, żeby go podnieść. Dym unoszący się w powietrzu, dławił jej gardło i sprawiał, że łzawiły jej oczy. Wstała i rozprostowała okładkę. Tymczasem Zayn zbliżył się jeszcze trochę.
- O Boże! Ona nawet płacze! – przekrzywił głowę, spoglądając jej głęboko w oczy.
- Nie płaczę, to przez ten dym – wskazała palcem skręta, którego Zayn trzymał między palcami. Kilka sekund przeszywał ją wzrokiem, po czym upuścił niedopałek na ziemię i zgasił go butem.
- Dwa lata czekałem z przeczytaniem tego gówna – zaczął. – Dałem ci czas, rozumiesz? Chciałem ci go oddać. Ale ty się nie zjawiałaś, a ja byłem coraz bardziej wściekły i świadomy tego, co się działo. Otworzyłem pierwszą pieprzoną stronę. I co? Jakieś bzdury, kompletne szaleństwo. Kto miał w to uwierzyć, co to miało być? Jednak było coś, co przekonywało mnie o tym, że to prawda. To byłaś ty, Thea. Musiałem jakoś wytłumaczyć sobie, jakim cudem pozostawałaś taka sama przez te wszystkie lata. Myślałem o tym wszystkim tak długo, a kiedy w końcu wróciłaś, po prostu to przemilczałem. Wiesz, byłem wtedy całkowicie pod twoim wpływem. Zwyczajnie nie chciałem cię stracić, chociaż byłem tak cholernie przerażony. W każdym razie teraz jest inaczej – zakończył i włożył ręce do kieszeni.
- Przepraszam – odezwała się po chwili ciszy.
- Przepraszaj, proszę bardzo. Tylko wiesz co? Zrozumiałem w końcu, że twoje słowa są nic nie warte – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Zmienię to, Zayn. Nie taki byłeś…
- Co? – krzyknął. Zbliżył się, popchnął ją na ścianę budynku i przycisnął ramię do jej szyi. – Masz czelność jeszcze tak mówić? Jaki byłem? Powiedz mi jaki byłem?! Bo  j a  s a m nigdy się tego nie dowiem. Kim jesteś, żeby decydować o takich rzeczach? To było moje życie! Moje życie! Odebrałaś je mnie i całej reszcie. Nie masz prawa już nazywać się człowiekiem. Nie masz już prawa niczego zmieniać! Rozumiesz?
Po policzkach Theii spływały gęste strumienie łez. Rozumiała. Wiedziała. Czuła ciężar tego wszystkiego, ale nie mogła powstrzymać biegu wydarzeń. Coś wewnątrz jej kazało jej dokończyć ten misterny plan, mimo przeciwności.
- Rozumiem – spojrzała mu w oczy i uświadomiła sobie, jak słabo jej głos zabrzmiał. Ręka Zayn’a przyduszała ją. – Ale ja cię stąd wyciągnę.
Chłopak jeszcze mocniej przycisnął ramię do jej szyi, aż poczuł jej drganie, a po chwili zobaczył, że Thea zaczyna się krztusić. Westchnął, starając się uspokoić i odsunął rękę. Dziewczyna upadła na ziemię i łapczywie nabierała powietrza.
- Powstrzymam cię. Musisz przestać – warknął.
- N-nie chcesz tego życia, Zayn – wycharkała, chwytając się za szyję.
- Nie ty będziesz o tym decydować! – krzyknął i chwycił ją za włosy, zmuszając, aby się podniosła. Thea krzyczała, a on tak bardzo chciał, wyzbyć się tego, co nadal do niej czuł. Brzydził się siebie i jej. Oboje byli obrzydliwie sztuczni. Nagle poczuł jak coś wali go od tyłu w głowę. Oszołomiony puścił brunetkę i odwrócił się w stronę, z której nadszedł atak. Przed nim stał wyższy o parę centymetrów młody chłopak, gotowy wymierzyć mu kolejny cios. Sekundę później poczuł uderzenie na lewym policzku. Zayn, jeszcze trochę zdezorientowany, zaatakował przeciwnika. Uderzył go w brzuch, aż tamten się zgiął. Jednak nie trwało to długo. Ręce atakującego owinęły go w pasie i przewróciły na ziemię. Tarzali się teraz na zimnej kostce. Ich twarze pokrywały się powoli krwią. Zayn był już zbyt zmęczony, żeby bronić się przed ciosami przeciwnika. Zasłaniał tylko dłońmi swoją twarz, chcąc choć trochę zamortyzować uderzenia.
- Stop! Jake, przestań. Zostaw go! – do uszu chłopaka dotarło nawoływanie Theii. Jednak jej nie docenił. Bardzo dobrze się zabezpieczyła. Mężczyzna, który go zaatakował odwrócił głowę w jej stronę i zmarszczył brwi.
- Jak możesz go tak kochać, Thea? To jest ten twój idol? Facet, który bije bezbronną dziewczynę? – wycharczał.
- To nie jest on. To jest coś, co stworzyłam ja – odpowiedziała. Jej dolna warga drgała wraz z każdym wdechem. Uklękła między nimi i spojrzała na zakrwawioną twarz Zayna. Jake chwycił ją za rękę, jakby pragnąć ją stamtąd zabrać, jednak ona pokręciła głową i wyrwała się z jego uścisku. Malik miał ledwo otwarte oczy, jednak zdołał na nią spojrzał.
- Nigdzie nie znalazłem powodu. Dlaczego to zrobiłaś? – odezwał się. Thea nachyliła się prosto do jego ucha.
- Jeden z was zginął – wyszeptała.
- Który? – Zayn całkowicie znieruchomiał. Nigdy nie przyszło mu takie rozwiązanie do głowy.
- Harry – odpowiedziała. Spojrzał na nią i nie potrafił zrozumieć tego, co nią kierowało. - Tak mi przykro - dodała po chwili.
- Dziwna ta… twoja miłość – wyszeptał.
Kiwnęła głową i uśmiechnęła się smutno.
- Zaufaj mi – usłyszał. Mimo, że bolał go każdy skrawek ciała, prychnął.
- I co jeszcze? – uniósł lekko głowę i skrzywił się.
- Policz do trzech.
Zaśmiał się. Uniósł rękę i szybkim ruchem wymierzył jej cios w policzek. Poczuł jak zaraz ktoś chwyta go za gardło.
- Nie dotykaj jej! – wycedził Jake. Kiedy w końcu go puścił, Zayn zamknął oczy. Nie poruszał ustami, ale mimowolnie policzył do trzech. Znowu jej uległ. Kiedy otworzył oczy, Theii już tam nie było. Jednak słyszał coraz cichsze kroki za sobą.
Nie zniknęła, tym razem po prostu odeszła.




   • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • •
Tym razem zamiast gifa zdecydowałam się na tę piosenkę, ponieważ idealnie wpasowała się w temat rozdziału. Pewnie dużo z Was zrezygnowało z tego fanfiction i ja, szczerze mówiąc, starałam się to zrobić, ale nie potrafię. Zwłaszcza, kiedy widzę, że ktoś tu jeszcze jest i prosi mnie o kontynuację. Wiem, że nie jestem najszybciej działającą "pisarką" i macie prawo być złe. Sama musiałam przeczytać jeszcze raz poprzedni rozdział, żeby wszystko sobie przypomnieć, zanim zaczęłam pisać nowy. To dopiero jest wstyd! 

Pozdrawiam
A.
Szablon by S1K